Tristan i Izolda - making of

O Spektaklu

Tristan i Izolda to jedna z nielicznych oper, których historyczne znaczenie daleko wykracza poza dzieje śpiewanego gatunku. Arcydzieło podsumowujące półtorawiekowe perypetie harmonii tonalnej i po zęby uzbrojone w amunicję, której przejęcie…

Tristan i Izolda to jedna z nielicznych oper, których historyczne znaczenie daleko wykracza poza dzieje śpiewanego gatunku. Arcydzieło podsumowujące półtorawiekowe perypetie harmonii tonalnej i po zęby uzbrojone w amunicję, której przejęcie na początku XX stulecia przez najambitniejszych wagnerowskich następców ośmieliło ich do proklamowania dźwiękowej anarchii.

Przede wszystkim jednak pozostaje Tristan najwspanialszą inkarnacją wypracowanego jeszcze przez niemieckich romantyków konceptu Liebestod. To dość tajemnicze i w gruncie rzeczy trudne do przełożenia na język polski sformułowanie („śmierć z miłości” zbyt wyraźnie potrąca pretensjonalne struny spod znaku harlequina), można już częściowo odnosić do Latającego Holendra, o tyle w Tristanie Wagner proponuje nam prawdziwą medytację na temat tej idei.

Warszawska premiera Tristana i Izoldy będzie miała dla nas znaczenie historyczne. O kilka miesięcy wyprzedzi inaugurację sezonu 2016/17 w Metropolitan Opera, od strony reżyserskiej powierzoną — fakt w historii polskiego teatru bezprecedensowy — dyrektorowi artystycznemu Teatru Wielkiego - Opery Narodowej, Mariuszowi Trelińskiemu.